Rosół na stole, majtki na podłodze i pętla na szyi.

By Asia - października 12, 2020

zdrowie psychiczne, codzienność, powinności, małżeństwo, kobiety, partnerstwo, DOUBLE ESPRESSO, obawy, narzeczeństwo, związek, równowaga, życie we dwoje, pętla na szyi

 


Mało osób dzieli się prawdziwą rzeczywistością. Gdy robią to gwiazdy to w komentarzach można przeczytać „Po co wrzucasz takie rzeczy? Każdy tak ma i nie jest to niczym nadzwyczajnym”. Gdy na media społecznościowe normalni ludzie wrzucają normalne życie w komentarzach można zobaczyć retoryczne pytanie w stylu „Chwalisz się czy żalisz?” albo po prostu brzydko mówiąc ktoś obrobi komuś takiemu tyłek, że chyba się komuś popsuło w głowie wrzucając takie rzeczy skoro ani to ładne, ani fajne,  wręcz męczące i za cholerę nieinstagramowe.

 I to jest wstęp tego wpisu i wstęp do tego, jak wykształcić sobie nierealną wizję życia. Choć dzisiaj skupię się na wizji #girlpower w wersji małżeńskiej: czyli jak samodzielnie z pierścionka zaręczynowego zrobić sobie pętlę na szyi a miano narzeczonej zmienić na miano niewystarczającej kobiety roku. WŁAŚCIWIE MOŻNA TO ZROBIĆ BEZ PIERŚCIONKA, NA KAŻDYM ETAPIE WSPÓLNEGO ŻYCIA. Po prostu mnie dopadło w narzeczeństwie a każdy kto chce, może to sobie przełożyć na inny etap😜 (Jeśli czujesz, że nie masz siły tego czytać, przeczytaj chociaż PS.2. zanim wyjdziesz 💛)

Dużo gadaliśmy o naszej przyszłości. Dużo w tych rozmowach było odległych marzeń, ale i konkretnych planów. Jako, że wierzyliśmy w życie po ślubie to w naszych rozmowach przewijały się też wizje małżeńskiego życia na ten pierwszy rok. Później wiadomo- wizje się zmieniały na sam ślub i samo wesele, bo: koronawirus, obostrzenia, dużo zmian. Ale od początku wzajemnie byliśmy dla siebie siłą i wsparciem. Wydawało nam się, że będziemy w stanie razem góry przenosić, kijem Wisłę zawrócić a tu straciliśmy wpływ w dużej mierze na nasze wielkie plany. A na początku wydawało nam się, że przechytrzymy system. Wiecie, że jesteśmy krok do przodu, bo kiedy w sklepach nie było makaronu, to my mogliśmy robić włoski tydzień w mieszkaniu, bo takie zapasy robię normalnie. Wydawało nam się, że z dobrym planem nic nas nie zaskoczy.  Śmiało mogę powiedzieć, że oboje twardo stąpamy po ziemi, jednak ja jestem bardziej podatna na opinię otoczenia czy wykreowaną rzeczywistość wokół niż Mój Ci On. I kiedy on myślał o jednej rzeczy ja myślałam o trzech, jeszcze trzy inne analizowałam i jeszcze ze dwie wymyśliłam. Powiedzmy, że kiedy Mój Ci On myślał o tym czy bańki mydlane zamiast konfetti to na pewno dobry pomysł ja już myślami byłam w jednej, wielkiej bańce…

Jaką ja będę żoną? Jaką powinno się być żoną?

Żona (zwłaszcza młoda) to powinna być matką, przyjaciółką i kochanką. W domu powinno się móc zjeść z podłogi a rosół powinien być piękny, klarowny – oczywiście na czystym obrusku, a nie na podłodze dobrej żonie się nic nie rozlewa. Na podłodze mogą leżeć majtki, tzn. super sexi stringi- rzecz jasna, a nie jakieś tam szare pantalony. Bielizna na podłodze to oczywiście nie jest oznaką bałaganu. Absolutnie, w domu dobrej żony bałaganu nie ma żadnego. Po prostu jak już dom jest czysty jak muzeum, to żona jest gotowa zawsze by w pośpiechu zrzucać z siebie ciuchy, majtki przez głowę spadają, libido uszami wychodzi a wszystko to by ucieszyć wszystkie zmysły swojego ukochanego. Gdy odda się facetowi, może wrócić do oddawania się swojej jedynej słusznej pasji jakim jest gotowanie. Dobrze, żeby była w tym wszystkim ambitna. W XXI wieku samo bycie kurą domową nie wystarcza. Warto więc dorzucić, że żona powinna być wykształcona. Dobrze, żeby szła z duchem czasu i chciała równouprawnienia – ale tak nie za bardzo. No wiadomo, żeby chciała zarabiać, ale żeby tam nie przesadzała z jakimiś prawami czy innymi głupotami, które niby ktoś, gdzieś wywalczył, ale kto by się tym przejmował? Żadne tam europejskie standardy, tylko katolickie, rodzinne wartości… może nie każdy facet doceni, ale potencjalna teściowa- owszem. Bo przecież kto to widział, żeby połączyć feminizm i duchowość? Mogła by się też ogarnąć ta kobieta, w końcu ćwiczyć można też w domu, nie trzeba przecież od razu jeździć by biegać czy kupować makfity by mieć płaski brzuch, wystarczy ograniczyć zwykłego maka i ćwiczyć w domu by o ten płaski brzuch dbać. Potem szybka metamorfoza ze zmęczonego kartofla w pięknotkę niczym te przemiany niby w windzie w programie na Polsacie i cyk. Ma być efektownie, ale koniecznie szybko, bo jak zejdzie się troszkę dłużej to miano tej super babki zmieni się w „typową kobietę”. Ogarnięta, ogarniająca na każdej płaszczyźnie, nienaganna w pracy, w rodzinie i nie chce mi się wymieniać wszystkich pomieszczeń w domu, ale wiecie o co chodzi – mamy wzór, jaka ta żona na początku powinna być. A właściwie to tak jak wspomniałam wyżej: nazwijmy go „syndrom powinności” dotyczy nie tylko młodych żon, tylko kobiet w związku na różnym etapie.  Taka to średnia krajowa, kobiety „z jaką chce się być”.  – takich słów nigdy nie powiedział Mój Ci On. Więc jak na to w ogóle wpadłam? Bez problemu, z pomocą social mediów i zasłyszanych tekstów Januszy Złotoustych. Prawdopodobnie nie powiedziałby też tak Twój facet, pod warunkiem, że jesteś z dojrzałym facetem. A jeśli powie Ci tak jakaś kobieta, to śmiało. Pokaż jej język albo środkowy palec-jak wolisz, bo pewnie babka sama też tak nie robi i swoje frustracje wylewa na inne kobiety. Jeśli któryś z Panów dotarł aż do tego momentu, to śmiało pokuszę się o tezę, że też nie oczekwiałby tego wszystkiego od swojej tzw. „drugiej połówki”.

Myślę, że dlatego coraz częściej boimy się małżeństwa, bo sobie wyobrażamy, że do tego momentu musimy wskoczyć na najwyższe levele we wszystkim możliwym. Jak nienormalne odchudzamy się do ślubu, a i tak na dwa tygodnie przed tym dniem mamy tyle obowiązków i stresów, że chudniemy bez niczego. I po co? Jak chciał taką za żonę, jak ona się dobrze czuła to na cholerę zrzucać te 5 kilo? A jeśli źle nam z tą wagą to zrzucajmy wagę a nie zrzucamy, że najpierw to musimy schudnąć „do ślubu”. Do ślubu wcale nie trzeba chudnąć, nie trzeba też zdobywać wszystkich możliwych tytułów naukowych, bo to nie naklejki z biedronki na pluszaka. Naprawdę można kończyć studia w związku małżeńskim, bywa to nawet wygodniejsze gdy ktoś Ci poda obiad w trakcie nauki niż jak się próbuje pogodzić studia z grafikiem zmywania naczyń w kuchni, która jest za półprzechodnim pokojem współlokatorki. Naprawdę nie trzeba mieć zawsze idealnie ogolonych nóg i nie trzeba całym rokiem dopierdzielać w sexi flexi stroju lateksowej kici czy koronkowej królowej nocy.  Jak kobieta podoba się facetowi, to naprawdę spodoba mu się też w bawełnianych gaciach i jego za dużym T-shircie. A czasami nawet można się  zaskoczyć, gdy zawinie się w koc jak larwa motyla, ale jednak nadal larwa a facet przychodzi i uzna to za super słodkie. I choć dla nas jest to super słodko żenujące, to dla nich naprawdę nie raz takie dziwne rzeczy są urocze. Czytając swoje własne wypociny po raz kolejny przed publikacją po raz kolejny dodam: fakt, że porównuję to wszystko do chwili przed małżeństwem wynika z własnych doświadczeń. Tych, które już przepracowałam i sama i z (wtedy jeszcze) Narzeczonym. Zakładam jednak, że naprawdę odnieść to można do wielu innych sytuacji i momentów. Ale idźmy dalej…

Ja pisze to z perspektywy kobiety. Kobiety, która przygotowywała się do małżeństwa jak do egzaminu na kobietę o wszystkich zdolnościach, które są nierealne do spełnienia przy zwyczajnych ludzkich siłach i dobie o długości 24 godzin. Kobiety, która zamiast zapytać po ludzku „Ej stary, a czego Ty oczekujesz ode mnie po ślubie tak na co dzień?” zajrzała w telefon i przejrzała internety. Tak się nie da żyć. Nie da się robić wszystkiego na każdej płaszczyźnie na 300% i normalni, dojrzali faceci to wiedzą i rozumieją. Nie oczekują magistra na wejściu, karierowiczki od poniedziałku do piątku, zdobywania szczytów co wieczór a tych górskich co weekend. Wiedzą, że pranie nie robi się samo, jedzenie nie gotuje się w pięć minut, naczynia później trzeba pozmywać a te kwiatki, które no w sumie dodają tego czegoś w domu, to trzeba podlewać i dbać a nie tylko kupić.

Tylko wiecie co sobie myślę? My same- my kobiety, same zaciągamy sobie pętle na szyję. Tym, że wierzymy, że my wszystko same zrobimy. Tym, że my same w ogóle chcemy to SAME robić. Zaciskamy te pętle, gdy udajemy, że tego nie ma, że zamiast to wszystko oswajać, to my to wypieramy. Sprawiamy, że inne kobiety czują się gorsze i zawiązują pętle, gdy mówienie o codzienności nazywamy użalaniem. Gdy kreujemy różową rzeczywistość, to gubią się i kobiety i Ci mężczyźni, na których tak potem narzekamy.

A receptą na wszystkie takie „powinności” może być uzdrawiające, zwykłe wciągnięcie dresów na tyłek, chwycenie piwa w rękę i wspólne wygłupy przy sprzątaniu i muzyce. Dmuchanie różowej bańki nie ma sensu, bo ona prędzej czy później pęka. Dlatego swoje lęki, obawy i oczekiwania warto wypowiedzieć głośno i usłyszeć to „No co Ty Głuptasie!” lub stanąć przed lustrem i usłyszeć siebie, zamiast zacieśniać sobie ten sznur oczekiwań, powinności i wszystkiego duszącego.

Wpis jest o odczuciach kobiecych, choć faceci też potrafią wpaść w pułapkę niewystarczalności, powinności i tłamszenia przykrości- wcale nie rzadziej niż kobiety.

P.S. W ramach autentyczności, że wszystkiego na raz nie da się samemu a podział obowiązków istnieje - pozdrawiam z tego miejsca mojego Męża, który teraz sprząta w kuchni a ja sobie mogę publikować ten post i spełniać swoje marzenia o pisaniu.

PE. ES. DRUGI I NAJWAŻNIEJSZY:  Drogi Czytelniku, jeśli dzisiaj jeszcze nikt Ci tego nie powiedział: 
Nie wymagaj od siebie cudownych mocy i wszystkich umiejętności...
Ty sam w sobie jesteś wystarczający, by być cudem.

Buziaki, Asia. 

  • Share:

You Might Also Like

0 komentarze