Herbata bez cukru jest jak kawa z cukrem- czyli tekst o… budowaniu relacji i odrobina prywaty.

By Asia - lutego 20, 2019






Zacznę ten tekst trochę przekornie, trochę na opak, bo trochę intymnie.
Nawet trochę się wstydzę jak to piszę, ale jak już przebrniemy przez łóżko to czy coś jeszcze nas zawstydzi i będzie trudne do opowiedzenia? 😜

Wyobraźmy sobie typowo filmową scenę… Nadszedł ten czas, ten wieczór, te iskierki w oczach i ogień w rękach, motyle w brzuchu i w ogóle fajerwerki. Spędziliście tę upragnioną noc a po niej nadszedł ten poranek. Ktoś kto obudzi się pierwszy najpierw patrzy sobie na tę drugą połówkę leżącą obok. Może lekko nie dowierza, może przygląda się z uśmiechem na buzi a może delikatnie gładzi swą miłość po policzku jak największy skarb. Później delikatnie się podnosi i bosymi stopami mknie do kuchni. Gdy wraca do sypialni z pełną tacą, robi to z największą uciechą i delikatnym drżeniem rąk na myśl o tym jak zareaguje ów kochanie, które się właśnie obudziło (czy też na myśl o tym, żeby nie narozlewać). Zakładając, że nikt nie rozlał i pościel nadal jest sucha a wszyscy są szczęśliwi, patrzycie tak sobie wpatrzeni w siebie z przekonaniem, że to właśnie TO i spożywacie śniadanie, które będziecie wspominać do końca życia. Tak jak na filmach. Tylko co w przypadku, gdy…
Stoicie w kuchni, woda się zagotowała i nie wiadomo co zalać? Czy kochanie woli rano kawę czy herbatę? Jeśli kawę to czy z mlekiem czy czarną? A jeśli herbatę to czy zieloną czy czarną? A może jakieś ziółka, bo też jakieś stoją w szafce? Dobra, ziółka odrzucamy. Kawa czy herbata? Czy z cytryną czy bez? Z cukrem czy z miodem czy bez niczego? Ile łyżeczek? Mieszać w prawo czy w lewo i jak to się stało, że wiem gdzie ma pieprzyk a nie wiemy takich rzeczy? No dobra, niby można postawić cukiernicę i nakroić cytryny, naparzyć herbaty we wszystkich kolorach, dostawić kawę i mleko w oddzielnym dzbanuszku… ale ani się to nie zmieści na tacy, ani w głowie się nie mieści (przynajmniej mi), żeby spędzić noc z kimś, kto nie wie o nas tak podstawowych rzeczy.

Zapewniam, nie jest to poradnik „Co powinniście wiedzieć o sobie zanim… ble ble ble” . Co prawda, zaczęliśmy bardzo nie po kolei, bo od sypialni przechodząc przez kuchnię a to wszystko po to, by już delikatniej i grzeczniej, zatrzymać się na dłużej na wszelkich relacjach- nie tylko damsko-męskich.

Często, gdy zaczynamy nowe znajomości wypytujemy nie tylko o podstawowe informacje jak imię, wiek, pochodzenie, ale także zaczynamy cisnąć prosto z mostu pytaniami o poprzednie związki, ich staż, tajemnice najlepszej przyjaciółki, adres zameldowania najlepszego kumpla i choroby w rodzinie do trzeciego pokolenia wstecz. Bywamy gorsi niż pudelkowi dziennikarze, gdy dopadną celebrytów. Wypytujemy o informacje z przeszłości, chcąc zaspokoić swoją ciekawość a nie pytamy o coś, co może pomóc nam zbudować znajomość.

Nie mówię, żeby nie pytać o sprawy prywatne czy nie być wobec siebie szczerym. Po prostu odnoszę wrażenie, że takie drobnostki, które przewijają się każdego dnia mówią o nas więcej niż całe nasze curriculum vitae. Może to jakieś zboczenie… ale ja tam poznając facetów wolę wiedzieć, ile słodzą i czekać na nich z kawą jak przyjdą zmęczeni niż wiedzieć, ile mieli dziewczyn i czy wolą blondynki czy brunetki. 

Nie lubię jak moje koleżanki przechwalają się (w ogóle nie lubię takiej babskiej wymiany informacji niczym w salonie fryzjerskim, ale nie o tym ten tekst)  czego to one nie wiedzą o jakimś chłopaku- z którą był, ile był i o jakiej innej myślał jak był z tamtą a nie wiedzą takiej pierdoły jak to, czy woli kawę czy herbatę (nie mówiąc już o ulubionym piwie, sporcie, muzyce i wymarzonym samochodzie). Takie informacje nie są dobrym tematem do plotek czy do przechwałek wśród psiapsiółek, ale są istotne kiedy ów facet, kolega czy no jak zwał tak zwał zwyczajnie się przeziębi (edit: będzie walczył o życie).

Bardzo lubię, jak czekam czasami na Alę (kiedy wyjątkowo ja jestem pierwsza na uczelni- rzadko, ale zdarza się) i mogę zaproponować, że wezmę jej kawę. Bo wiem, że trzymając w ręku torbę, płaszcz, telefon i jakieś notatki nie musze tańcząc makarenę (żeby mi to wszystko nie wypadło) dzwonić i zadawać dodatkowo pytania: „Jaką Ci wziąć? Ej, a ile Ci posłodzić? Odpisz szybko, bo nie mam ręki a ludzie się pchają w kolejce.” Wystarczy odpowiedź, że chce i będzie wiadomo, że to mała latte i półtorej łyżeczki cukru, z bufetu na trzecim piętrze.

Lubię też, gdy idę do znajomych a po ciężkim i zimnym dniu czeka na mnie lekko przestudzona, słaba herbata albo mocna kawa. Kiedyś weszłam do mieszkania i usłyszałam „Asiu, kawusia już czeka. Tak jak lubisz mocna, ale z mleczkiem.”, rzuciłam okiem na biały stolik w salonie a na nim w dużej szklance stoi dopieszczona, kilkuwarstwowa kawa. Spojrzałam i pomyślałam „F#ck, będę później umierać cały wieczór przez tę pieprzoną nietolerancję, ale głupio nie wypić po takim przywitaniu.” . Minę musiałam mieć taką, jakbym zjadła cytrynę albo zobaczyła coś obrzydliwego a nie ulubioną kawę, bo zaraz usłyszałam odpowiedź na moje myśli: „Mleczko oczywiście jest bez laktozy”.
Minęło wiele miesięcy od tej kawy, a ja pamiętam ją lepiej niż przeróżne, wysublimowane komplementy, bo Ktoś pamiętał o czymś niby tak niewielkim a dla mnie tak istotnym.

Może to takie moje głupoty, może to właśnie przejaw starań w relacjach, zwyczajne zwrócenia uwagi na drugiego człowieka, jego upodobania i potrzeby… cokolwiek to nie jest, jest to po prostu MIŁE.
Dlatego pragnę się tym z Wami podzielić i podrzucić pomysł, żeby zwracać uwagę na takie drobnostki.
Drobnostki, które tworzy codzienność. Drobnostki, które mogą tworzyć początek relacji, fajnych relacji.  
I tu na dobrą sprawę mogę napisać

KONIEC.
Buziaki, Asia.


...ale dla chętnych dorzucam na dole tę tytułową odrobinę prywaty😋.



Po tekście „Ja też byłam głupia…” a raczej po tym, co wydarzyło się w komentarzach obiecywałam sobie, że więcej nie ruszę moich uczuć, mojego otoczenia, moich znajomych… będą same ogólniki- tak postanowiłam, ALE…  trochę się pozmieniało.
Nie było tu żadnego mądrzenia się i nie będzie, bo skoro to mój tekst to najbardziej autentyczna będę, jak opiszę Wam swoje przeżycia, swoje przemyślenia i swoje historie. Oto ona, moja pierwsza: 




Wracaliśmy z Morskiego Oka, niby żadna to wyprawa- Phi, takie tam Morskie Oko, ale warunki pogodowe były średnie, drugi stopień lawinowy i nieustannie sypiący śnieg. Może to mnie zmiękczyło, może trafiłam na dobrego Rozmówcę, ale pierwszy raz otwarcie zaczęłam odpowiadać na pytania i opowiadać o blogu. (Nie, nie gadam o tym na co dzień ze znajomymi.) Jak to się mówi „nastąpiło zwolnienie blokady maszyny losującej i poszłooo”… o blogu, o śniegu, o życiu, o piciu, jeszcze raz o życiu i innych takich różnych tematach, o których siedząc tak zwyczajnie w Warszawie pewnie rozmowy bym nie podjęła ani nawet nie pociągnęła dalej. Wspomniałam wtedy nawet o tym, skąd wziął się pomysł na wywiady i jak powstała ULUBIONA KAWA, czego tu jeszcze nigdy Wam nie napisałam. Właściwie to chciałam od dawna, ale nigdy nie wiedziałam ani jak odpowiednio to ugryźć, ani który moment jest dobry. Być może ten też nie jest dobry, ale stało się… 

Przyjęłam sobie w życiu zasadę, że zwracam uwagę na tę kawę, herbatę i cały ten cholerny cukier i bez tego- tj. tak podstawowej wiedzy, nie wyobrażam sobie związku ani nawet tworzenia jakichś większych relacji. Wiecie, coś w stylu tych modnych wcześniej stron na Facebooku „Nie czytasz książek, to nie pójdę z Tobą do łóżka…” i inne terefere tego typu 😂.  W taki sposób odkryłam właśnie, że czasami zadajemy pytania tak durne i tak intymne, że są one na poziomie pytania o kolor majtek albo ilość plomb w zębach a nie pytamy o coś, co dzieje się codziennie. Coś, co powtarzamy dzień w dzień, co tworzy nasz każdy dzień, co mówi o nas więcej niż niejedna opowiedziana historia z przeszłości. 
Właśnie o to postanowiłam pytać w wywiadach i na to postanowiłam zwracać uwagę w relacjach, na których choć troszkę mi zależy. 

O tym właśnie 👆 opowiedziałam Jemu- człowiekowi, którego tożsamości Wam nie zdradzę, ale który namówił mnie na ten post, rzucając mi wyzwanie. Jakie wyzwanie i skąd wziął się ten dziwny tytuł?

Podczas wspólnego pobytu, zwłaszcza w górach można się wiele o sobie dowiedzieć. W kryzysowych sytuacjach, w powtarzalnych czynnościach, w słabościach po drodze, radościach na szczycie... a w moim wykonaniu- w głupotach 😝. Tak oto ja, miłośniczka gorzkiej kawy i dosyć słodkiej herbaty palnęłam w jednej, z jakichś codziennych sytuacji , jedną ze swoich mądrości: „Herbata bez cukru jest jak kawa z cukrem” (co miało oznaczać: wypiję, ale żadnych walorów smakowych nie odczuję). Skończyło się jednym wielkim „HAHAHA” a po krótkiej chwili ciszy padło: „Napisz o tym post na bloga!” . Zabrzmiało jak wyzwanie, więc... Ja nie napiszę? Challenge accepted.
Chyba trochę nie wierzył, że to zrobię- a jednak! 



TA DAAAM! W taki sposób powstał ten tekst. W taki sposób pojawiła się pierwsza historyjka. W taki sposób pojawiła się geneza wywiadów.
A wszystko to zaczęło się właśnie od kawy, herbaty i cukru…  😊

Dla wytrwałych w czytaniu moich wypocin, jeszcze raz przesyłam ogromne BUZIAKI.



Asia.



  • Share:

You Might Also Like

0 komentarze