„Trzeba się wypróbować przed ślubem, bo u nas…”

By Asia - czerwca 17, 2020


Mamo, Tato, biorę ślub! – myślałam, że kiedyś tak powiem. Kiedyś oznacza w przybliżeniu za jakieś 12 lat, jak już będę po 30-stce. Kiedyś oznaczało ten moment, w którym dorobię się nie wiadomo czego, przejdę ze trzy kryzysy emocjonalne w ciągu kwartału rozliczeniowego w jakiejś korporacji, dostanę tężyczki ze stresu o deadline’y i targety.  A po tym jak przesadzę z kofeiną podczas coffeebreak’ów i otrę się o zawał, zrozumiem co jest najważniejsze w życiu i zacznę planować ślub z jakimś równie zdesperowanym Januszem biznesu.

To powyższe „kiedyś” to jeden z czarniejszych scenariuszy mojego życia. Czarniejsza była tylko wieczna samotność lub zawrót głowy i zakochanie w pieniądzach. Od razu dodaję, że to MOJE bardzo subiektywne odczucia dotyczące mojego życia. Generalnie uważam, że dla każdego coś innego jest najlepsze i nie należy porównywać „kto, kiedy, jak i z kim” bo wszyscy jesteśmy inni. Wszyscy mamy prawo do szczęścia na swój własny sposób.

Ale wracając… Nie powiedziałam Rodzicom, że biorę ślub. Dlaczego? Bo doskonale o tym wiedzieli, bo towarzyszyli nam kiedy ja i Mój Ci On oglądaliśmy salę i myśleliśmy nad datami. Nie zdążyłam zostać słoikiem dorobkiewiczem, ani nawet skończyć magisterki przed zaplanowaniem ślubu i jest mi z tym dobrze. Od zawsze chciałam zostać żoną. Od zawsze chciałam, żeby moim najlepszym przyjacielem był mój Mąż. Chciałam tworzyć młode małżeństwo, razem się rozwijać i razem spełniać marzenia. Myślałam tylko, że jest to nierealizowalne. Myślałam, że  w ogóle nigdy się nie zakocham. W ogóle to za dużo myślałam. Nie myślcie za dużo na zapas, bo to szkodzi zdrowiu.

„Biorę ślub” a raczej „Bierzemy ślub… w przyszłym roku” powiedzieliśmy naszym znajomym, większość nam gratulowała i cieszyła się z nami, a od części usłyszeliśmy „ALE JAK TO?!”. Okazało się, że „ALE JAK TO?!”  dzieliło się na dwie grupy:
- „Wow, ale jak to udało Wam się wszystko tak szybko zorganizować?”
- „Ale jak to w ogóle można tak szybko?!”.
Powiem Wam, że nie było nic bardziej irytującego od tego drugiego pytania, które stawia pod ścianą i jest początkiem ognia pytań. Sytuacja przypominająca lata szkolne- najbardziej wymagająca nauczycielka w szkole bierze Cię znienacka do odpowiedzi pod tablicą.  Mam wrażenie, że w takich chwilach poziom asertywności spada do zera i zamiast odpowiedzieć na to urocze „JAK TO?!”  - „A NO TAK TO” to człowiek zaczyna się tłumaczyć i udowadniać, że nie jest wielbłądem. W naszym przypadku udowadniać, że wcale nie jest głupi, że wie na co się zdecydował i że wcale nie znamy się za słabo.
„Przed ślubem trzeba się wypróbować.” - Ile razy słyszałam to mimochodem, ile razy bezpośrednio? Dziesiątki, a może setki? Cóż za ulga, że wychowaliśmy się w rodzinach i obracamy się w środowisku(obecnie), w których takich rzeczy się nie mówi, bo zwyczajnie jest to niestosowne.
W kontekście decyzji o ślubie nas to ominęło. Jednak słowo wypróbować padło w innym kontekście- „Trzeba się lepiej poznać i wypróbować w różnych sytuacjach, bo u nas…” .
I tu dochodzimy do sedna sprawy. „BO U NAS…” jako koronny argument rozmowy. „
BO U NAS” jako coś, co na pewno jest wszędzie, tak jak wszędzie widać słońce. 
Według mnie to całe „BO U NAS” to jedno wielkie zaćmienie… zaćmienie umysłu. To filtr, przez który patrzymy na innych ludzi i odbiera nam funkcję otwartego myślenia. Przyznaję się bez bicia, że ja też się na tym łapię. Łapię się, gdy Mój Ci On wysłuchuje moich życiowych rozkmin cierpliwie, a następnie sprowadza mnie na ziemię, że brzmię jak typowa Grażyna. Zdarza mi się, jednak słucha tego tylko On, zwraca mi kulturalnie uwagę a ja mentalnie się policzkuję za jakiekolwiek próby oceniania.   

Gotuje się we mnie, gdy jednak słyszę takie oceny pod moim kątem czy pod kątem innych ludzi mniej lub bardziej znajomych. Dlaczego nie możemy pojąć, że u innych jest inaczej niż u nas? Dlaczego chcemy, żeby wszyscy byli tacy jak my, skoro sami nie jesteśmy idealni? Są schematy, w które wszyscy niejako się wpisujemy, ale zawsze każda historia będzie się choć trochę różnić.

Nie ma jednej drogi do szczęścia. Nie ma jednego sposobu na sukces. Nie ma jednej recepty na miłość, bo nawet miłość nie ma jednej definicji. Jest jednak jeden sposób, by świat stał się lepszy- NIE OCENIAĆ. Różni są ludzie, wchodzą w różne związki, podejmują różne decyzje i dopóki nikomu nie dzieję się krzywda, to nie mamy prawa tego negować, jakkolwiek oceniać czy pouczać. Świat jest piękny właśnie dlatego, że wszyscy się różnimy.

Chociażby czy wszystkie kobiety chciałyby brać ślub dokładnie tak jak ja? Nie sądzę.
Czy ja sama chciałabym brać ślub w taki sposób, jak przedstawiłam Wam na początku? Nie bardzo. Czy wszyscy faceci podjęliby takie same decyzje dotyczące zaręczyn jak Mój Ci On? Pewnie nie.
Czy można wymieniać takich przykładów nieskończenie wiele? Owszem.
Czy widać, że gdyby cały świat postępował jak dwie osoby to ten świat zwyczajnie by runął?
Czy widać, że nie możemy wszyscy być tacy sami?
Czy widać, że świat jest w stanie istnieć, gdy wszyscy funkcjonujemy inaczej niż jedna czy dwie osoby? 
RAZEM  MOŻEMY PRZECIEŻ PIĘKNIE SIĘ RÓŻNIĆ...


„Mówię do Ciebie pełen wiary, nadziei

Ważne to, co nas łączy, a nie co dzieli
Czas się zatrzymał, więc nie trzeba go gonić
Miłość bez nienawiści? Wojna bez broni?
Razem możemy przecież pięknie się różnić,
bo ci z pozoru czyści bardziej są brudni.
Razem możemy się przecież pięknie różnić, 
budować lepszy świat, a nie ten obłudny…”  

[tekst pochodzi z utworu „Aura” – Farben Lehre] 


  • Share:

You Might Also Like

3 komentarze

  1. Bardzo mądre słowa <3 Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
  2. Asiu, tęskniłam za Twoim tekstami ��❤️

    OdpowiedzUsuń
  3. Super sie czytało...piszesz lekko i mądrze co nie zawsze idzie w parze;* oby więcej takich wpisów ������

    OdpowiedzUsuń