Półnagie wspomnienia.

By DWIE TAKIE - sierpnia 05, 2018

hejt | XI wiek | instagram | snapchat | feelings | kompleksy | fejk konta | nienawiść

Miałam 14 lat, gdy po raz pierwszy pojechałam na wakacje za granicę razem z rodzicami.
Byłam wysoka, ważyłam poniżej 50 kg, nosiłam ciuchy w rozmiarze XS czasami S, choć jak większość nastolatek i tak miałam tysiące kompleksów. Jednak podczas tego wyjazdu kompleksy zostały zdominowane greckim klimatem i temperaturą przekraczającą 35 stopni. Nie pojechałam z koleżankami tylko z mamą i tatą, więc śmiało zakładałam krótkie sukienki nie myśląc za bardzo o wyglądzie czy bezpieczeństwie. Pozornie nic nie mogło się stać... 

Po kilku dniach zwiedzania kolebki cywilizacji nadszedł wyczekiwany przeze mnie punkt wyjazdu: PLAŻA.  Trochę zawstydzona ściągnęłam z siebie ubrania i stanęłam w czarno-białym stroju kąpielowym w stronę słońca zauroczona piaskiem, wodą i wszystkim wokół. Towarzyszył mi ogromny zachwyt, taki który pojawia się podczas pierwszej podróży. Chcąc uwiecznić tę chwilę zawołałam „Mamo, zrób mi zdjęcie!”.
I naprawdę nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że tym zadowoleniem postanowiłam podzielić się w sieci… wrzucając zdjęcie na Facebooka.

Nie liczyłam na pochlebne komentarze, setki lajków czy Bóg wie co. Wiecie, to były czasy kiedy na fejsie wrzucało się linki do demotywatorów czy obrazków z Kwejka, więc jak wrzucało się własne zdjęcie to jakoś bardziej zwracało się na to uwagę.
I zwróciłam uwagę na to, że to Grecja, piasek, lazurowa woda i piękne słońce. Nie zwróciłam uwagi, że jestem półnaga. 

Pamiętam jak zaskoczyło mnie, że chłopcy o których nie pamiętałam, że w ogóle mam ich w znajomych nagle „obdarzyli mnie” kciukiem do góry. Pamiętam, jak pewien koleś oznaczył jakąś stronę, które były wtedy modne i pojawił się komentarz w stylu: „Szarpałbym jak Reksio szynkę”. I pamiętam dwie koleżanki, które rozpoczęły dyskusję na temat rzekomo wciągniętego brzucha i fałdki na boku, która pojawiła się gdy odkręciłam tułów w stronę aparatu. Do dyskusji później dołączyło się kilka osób, pod komentarzami pojawiały się kolejne i kolejne reakcje…

Dzisiaj takie komentarze mają swoją anglojęzyczną nazwę „HEJT”. Dzisiaj próbujemy z tym walczyć (wciąż za mało), wtedy panowało przekonanie „skoro coś wrzucasz to licz się z takimi komentarzami”.
Dzisiaj nie wdawałabym się w dyskusję, że wcale tego brzucha nie wciągnęłam, że taki mam. Dzisiaj nie obserwowałabym na każdym następnym zdjęciu, czy może jakoś niefortunnie się nie odkręciłam i czy nie zrobiła mi się jakaś fałdka. Dzisiaj nie zmieszałabym się na komentarz o „szarpaniu”, bo nie pozwoliłabym sobie na taki komentarz w moim kierunku. Dzisiaj nie pozwoliłabym na ocenianie mnie i mojego ciała!

DZISIAJ NIE WRZUCIŁABYM TAKIEGO ZDJĘCIA. 

Dlaczego o tym piszę? Bo teraz jest jeszcze Snapchat i Instagram, który tonie w półnagościach, nagościach i wyretuszowanych zdjęciach. Dzisiaj widzę, że moi 10-letni uczniowie mają Instagrama… i jestem przerażona!
Ja naprawdę nie chcę pouczać, nie chcę krytykować. Chcę jedynie zwrócić uwagę na to co pozornie nic nie znaczy i przedstawić Wam swój punkt widzenia.

Ja miałam 14 lat i Facebooka, na którym miałam tylko swoich znajomych. Rodzice poświęcali mi sporo czasu, rozmawiali ze mną o wszystkim i miałam w nich wsparcie. Nie miałam nadwagi, problemów z trądzikiem a i tak miałam kompleksy.
Jak trudno musi być teraz odnaleźć się w tym wszystkim, gdzie obserwować nas mogą ludzie z drugiego końca świata, bez podawania imienia i nazwiska. Natomiast bliscy znajomi mogą stworzyć „fejkowe” konta na Instagramie i jeździć po kimś do bólu. Kiedy ludzie, których obserwujemy- tzw. influencerzy zarabiają na swoim ciele tworząc z niego produkt. Oczywiście, że mogą i mają do tego prawo… Tylko chyba zapominają, że są influencerami, że ludzie pragną za nimi podążać, być tacy jak oni. A nawet kiedy nie pragną, to jak się naoglądają ciał o które na co dzień dba trener personalny, superfit katering personalny i kosmetolog, który nie tylko dba o buzię, ale i o ich personalny cellulit na pośladkach… to patrząc na siebie, można pomyśleć, że ze mną jest coś nie tak. W dodatku  znajdzie się ktoś, kto taką myśl podsunie i proszę! Mamy gotowe kompleksy.
Zamiast miliona serduszek pod zdjęciem pojawiają się miliony złych myśli, marzenia o operacjach plastycznych a nawet depresje.

Dla mnie moje ciało, jest  MOJE(!!!), jest „świątynią” mojego JA. Dlaczego więc mam dawać się zlinczować obcym ludziom? Facet, który kiedyś się pojawi będzie musiał długo poczekać na taki widok… a ja mam pokazać swoje prawie nagie ciało obcym ludziom którzy z nudów będą przewijać palcem ekran telefonu? Według mnie wszystko jest w porządku, dopóki nie robi się z ciała produktu. Jeżeli wrzuca się zdjęcie dla uwiecznienia danej chwili a nie dla tych cholernych lajków.

Cieszę się, że nie jestem nastolatką w tych czasach. Cieszę się, że później trafiłam na kolegów, którzy nie lubili wymalowanych dziewczyn. Którzy woleli dziewczęce sukienki bardziej niż szorty wycięte w połowie pośladków. Cieszę się, że moja rodzina ma czas żeby powiedzieć mi, że jestem dla nich kimś ważnym. Dzięki temu nie muszę szukać swojej wartości w sieci.
Nie muszę szukać uwagi skąpym strojem, każdego dnia obsesyjnie stawać na wadze,  ani mierzyć seksapilu lajkami.
Pominę gadkę, że najważniejsze jest to co mamy w sercu i w głowie, bo wizualnie ciężko pokazać dobre serca czy wyedukowane rozumy. Ale jeśli chodzi o piękno, to warto najpierw stanąć przed lustrem i tam go poszukać.

Nie znajdziemy zachwytu w oczach drugiego człowieka, jeśli sami nie spojrzymy na siebie przychylnym wzrokiem. A tym bardziej nie znajdziemy go wśród kciuków i serduszek na szklanych ekranach.


- Asia.


  • Share:

You Might Also Like

4 komentarze

  1. Najbardziej podoba mi się ostatni akapit. Oczywiscie cały tekst jest świetny!

    OdpowiedzUsuń
  2. Naprawdę bardzo trafnie ujęte

    OdpowiedzUsuń
  3. Temat mega ważny
    Świetny wpis

    OdpowiedzUsuń